Zespół Opieki Zdrowotnej w Szczytnie

ul. M.C. Skłodowskiej 12 | 12-100 Szczytno

Register

Opowieść o doktorze Zbyszku

CYKL ARTYKUŁÓW O ZBIGNIEWIE SOBIESZCZAŃSKIM OPUBLIKOWANYCH W TYGODNIKU KUREK MAZURSKI

Kurek Mazurski, nr 48/06

Opowieść o doktorze Zbyszku (1)

W tym roku mija 25 lat od śmierci Zbigniewa Sobieszczańskiego. Wybitny lekarz, w latach 1953-1981 ordynator oddziału chirurgicznego, a zarazem dyrektor szczycieńskiego szpitala zapisał się w pamięci mieszkańców nie tylko z racji swojego ogromnego wkładu w miejscową służbę zdrowia, ale przede wszystkim jako człowiek, którego postawa była dla wielu szczytnian wzorem do naśladowania. Cykl artykułów o Zbigniewie Sobieszczańskim otwierają wspomnienia spisane przez jego syna, Stanisława.

RODZINA Z TRADYCJAMI
Zbigniew Sobieszczański urodził się 28 kwietnia 1914 roku w Radomsku jako starsze z dwojga dzieci Zofii i Wacława Sobieszczańskich. Matka, Zofia z Karmańskich, była nauczycielką. Pochodziła z rodziny o ogromnych tradycjach patriotycznych. Stanisław Chądzyński, brat babki Zbigniewa Heleny z Chądzyńskich Karmańskiej wraz z jej ojcem Feliksem oraz czterema braćmi brał udział w powstaniu styczniowym 1863 roku. Ojciec i trzech synów poległo, a Stanisław zmarł na Syberii. Jego zwłoki sprowadzono do Radomska i tam pochowano. Zofia mieszkała w Granicy (dziś to część Sosnowca), końcowej stacji Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, leżącej na styku trzech zaborów: pruskiego, rosyjskiego i austriackiego. Jej ojciec, a dziadek Zbigniewa, Jan Karmański był naczelnikiem stacji. Zofia, wykorzystując położenie tej miejscowości oraz swoją urodę, została w 1905 roku kurierką PPS-u. Ojciec Zbigniewa, Wacław Sobieszczański, także pracował na Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej. Początkowo mieszkał w Warszawie, potem przeniósł się do Granicy, zauroczony Zofią Karmańską. Po śmierci ojca Zofii moi dziadkowie przenieśli się do Radomska, gdzie naczelnikiem stacji był jej o 20 lat starszy brat. Tu, w 1914 roku przychodzi na świat Zbigniew.

Z PRAWNIKA LEKARZ
W 1931 roku podczas polowania umiera nagle na zawał jego ojciec, Wacław Sobieszczański. Zbigniew ma wówczas zaledwie 17 lat. On, matka (od lat niepracująca nauczycielka) i młodsza siostra Kalina pozostają bez środków do życia. Dzięki pomocy rodziny Zofii oraz dorabiając korepetycjami, Zbigniew kończy w 1932 roku jako prymus Męskie Gimnazjum im. Fabianiego w Radomsku. Chcąc umożliwić młodszej siostrze zdobycie świadectwa maturalnego, podejmuje prace dorywcze. Nie mając żadnego zawodu ani środków na dalsze kształcenie, zgłasza się do wojska, by kontynuować tradycje rodzinne. Zostaje przyjęty do Szkoły Podchorążych, zamierza podjąć studia prawnicze i dalej pracować w armii. Po ukończeniu pierwszego roku prawa Zbigniew zmienia zainteresowania i przenosi się do Szkoły Podchorążych Sanitarnych, mieszczącej się w dawnym Zamku Ujazdowskim w Warszawie. Jednocześnie uczęszcza na Wydział Lekarski Uniwersytetu Warszawskiego im. Józefa Piłsudskiego. Tak się zaczęła kariera wojskowa Zbigniewa Sobieszczańskiego.

WOJENNA MIŁOŚĆ
Dyplom lekarza otrzymał w maju 1939 roku. Do 25 sierpnia 1939 roku pracuje w Szpitalu Szkolnym Centrum Wyszkolenia Sanitarnego. Po wybuchu II wojny światowej bierze udział w kampanii wrześniowej jako dowódca 1. plutonu kompanii sanitarnej wchodzącej w skład 12. Dywizji Piechoty, która walcząc pod Wierzbnikiem, Starachowicami, Iłżą i lubelskimi Trawnikami dochodzi do frontu wschodniego pod Kowel. W chwili wkroczenia wojsk sowieckich 17 września, wraz z całą jednostką zostaje internowany w Łucku. Wraz z kolegą udaje mu się uciec, unikając tym samym losu oficerów zamordowanych w Katyniu. Po kilku dniach docierają do broniącej się jeszcze Warszawy. Zbigniew bierze udział w walkach do 27 września. W tym czasie poznaje młodą, bardzo ładną pielęgniarkę, Annę z Sapiechów, która udzielała pomocy obrońcom stolicy. Po kapitulacji Warszawy, od 23 października 1939 r. do końca lipca 1940 r. Zbigniew pracuje w Szpitalu Wojennym Ujazdowskim PCK, mieszczącym się tuż obok dawnej Szkoły Podchorążych Sanitarnych. Najpierw pełni swoje obowiązki na oddziale chirurgicznym, potem na wewnętrznym. W marcu 1940 r. w Siedlacach bierze ślub z Anną. Od końca sierpnia do 22 listopada 1940 r. pracuje w szpitalu Przemienienia Pańskiego w Warszawie, co ma związek z jego udziałem w konspiracji. W listopadzie opuszcza stolicę i znajduje zatrudnienie w Ubezpieczalni Społecznej w Tomaszowie Mazowieckim. Po kilku miesiącach władze konspiracyjne kierują go do Opoczna, gdzie zostaje lekarzem rejonowym. Wielokrotnie udziela pomocy medycznej partyzantom działającym na tym terenie, m.in. ludziom majora Hubala.



Kurek Mazurski, nr 49/06

Opowieść o doktorze Zbyszku (2)

Po przeniesieniu się do Opoczna w kwietniu 1941 roku, Zbigniew Sobieszczański coraz bardziej angażuje się w działalność konspiracyjną. Pomagając rannym partyzantom, wpada w ręce gestapo i trafia do Oświęcimia. W tym tygodniu drukujemy dalszą część opowieści o losach doktora oraz wspomnienia jego współwięźniów z obozu.

W OŚWIĘCIMIU
W kwietniu 1941 roku Zbigniew Sobieszczański zostaje członkiem Związku Walki Zbrojnej, który był później trzonem Armii Krajowej. Otrzymuje nominację na szefa służby zdrowia tzw. "Okręgu Góry" i przyjmuje pseudonim Marek. Do Opoczna sprowadza z Warszawy żonę i zamieszkuje na rynku nad apteką. W mieszkaniu Sobieszczańskich odbywają się spotkania konspiracyjne i zaprzysiężenia nowych członków podziemia. Po kolejnej akcji partyzanckiej doktor udaje się nocą do lasu, by usuwać kule i opatrywać rannych. Nie podejrzewa, że w domu czeka na niego gestapo. Aresztowanie w dniu 10 października "zawdzięcza" dozorczyni, która okazała się konfidentką. Początkowo uwięziony w tomaszowskiej siedzibie gestapo, 20 listopada 1942 roku trafia do Oświęcimia. Tam zostaje członkiem Związku Organizacji Wojskowej, który nawet w obozowych warunkach wydaje i wykonuje wyroki na najbardziej znienawidzonych prześladowcach więźniów. Pracuje też jako lekarz, udzielając pomocy chorym. Oto fragment wspomnień doktora Tadeusza Paczuły, towarzysza obozowej niedoli. Zbyszek był w obozie serdecznie ze mną zaprzyjaźniony, a dodać muszę, że opiekował się mną jak rodzonym bratem, kiedy wiosną 1944 roku bardzo ciężko zachorowałem (...) Człowiek o niesłychanej dobroci i wrażliwości, dobry kolega, troskliwy lekarz. Nigdy nie podnosił głosu, jak to się innym trafiało. Nie posługiwał się żargonem plugawych oświęcimskich słów. Kultura i takt w środowisku zbrodni, intryg i podłości była czymś mocno wrośniętym w jego charakter, na który nic z "auszwickiej" nomenklatury, sposobu bycia i myślenia nie miało wpływu. Uśmiech Zbyszka w obozie był trochę dziwny. Pod serdecznością i dobrocią taił się w nim jakiś smutek, który często wyzierał z jego oczu (...).

SPOKOJNY I OPANOWANY
Inny współwięzień, Jan Wolny tak wspominał doktora Sobieszczańskiego: Poznałem go, gdy jako więzień został przydzielony do pracy w charakterze lekarza chirurga do bloku nr 21, gdzie pełniłem funkcję sanitariusza (...) W tym czasie zasadniczo operował m.in. dr Dehring, dr Grabczyński i dr Orzeszko, a pomagał im lekarz Sobieszczański. Czytał dużo fachowej literatury medycznej dostępnej w obozie. W ten sposób przygotowywał się do każdej operacji. Omawiał z personelem medycznym mające odbyć się zabiegi. Osobiście przeglądał i sprawdzał przyrządy oraz narzędzia potrzebne do operacji. Był spokojny i opanowany, a przede wszystkim bardzo zdolny. Operacje przez niego wykonywane udawały się, a po zabiegach troskliwie opiekował się chorymi, często ich wizytował, osobiście robił opatrunki i podawał lekarstwa. Był zdyscyplinowany, dużo wymagał od siebie i podległego personelu sanitariuszy, których ciągle uczył robienia opatrunków i sposobu niesienia pomocy chorym (...) Cieszył się dużym autorytetem i uznaniem. Lubili go koledzy i chorzy za udzielanie pomocy w tych trudnych warunkach obozowych (...).

OKO W OKO ZE ŚMIERCIĄ
Były więzień Oświęcimia, redaktor Zenon Ławski z Warszawy pracujący w obozie jako pielęgniarz napisał o Zbigniewie Sobieszczańskim obszerne wspomnienia zatytułowane "Zbyszek". Oto ich fragmenty: Pamiętam. Widzę Go jeszcze teraz, po tylu latach, jak w białym fartuchu lekarskim pochyla się nad operowanym przez siebie pacjentem w sali operacyjnej w bloku 21. Zawsze skupiony i poważny, rzadko uśmiechnięty. Zdarzało się to tylko wtedy, gdy po operacji obserwował poprawę stanu zdrowia swojego pacjenta. Przyszedł do nas na oddział chirurgiczny szpitala obozowego zaraz po przyjeździe do Oświęcimia, gdzieś w końcu 1942 roku. Miał numer 77022. Prowadzący oddział dr Władysław Derhing wyczuł w nim zdolnego i chętnego do pracy młodego lekarza, zajął się nim gorliwie i od razu wprowadził go do sali operacyjnej. Zbyszek uczył się dopiero wielkiej chirurgii, a że był pojętnym i zdolnym uczniem, wychowankiem dobrej szkoły lekarskiej na Uniwersytecie Warszawskim i Wojskowego Centrum Wyszkolenia Sanitarnego, szybko zdobył chirurgiczne ostrogi (...) Pamiętam. Codziennie rano, zanim rozpoczęły się zabiegi operacyjne, Zbyszek dokonywał obchodu sal chorych, przygotowując się do referowania ich stanu zdrowia wizytującemu doktorowi Dehringowi czy w późniejszym okresie doktorowi Grabczyńskiemu. Wiedział wszystko o wszystkich, znał każdego chorego, przebieg operacji, leczenia, stosowanych leków. (...) Długo przeżywał śmierć pacjentów. Nie tylko tych, których sam operował. Chodził wtedy przybity i zamyślony, analizując setki razy przebieg operacji i leczenia. A śmierć była naszą stałą towarzyszką. Wyniszczeni głodem i ciężką pracą współwięźniowie, często bestialsko maltretowani, cierpiący jednocześnie na różne schorzenia, poddawali się zabiegom operacyjnym w nadziei, że cudem uda się im uniknąć śmierci. I były takie niewytłumaczalne wyzdrowienia, choć lekarzom zdawało się, że na skutek braku odpowiednich leków nic już chorego nie uratuje. W większości wypadków na zabiegi zgłaszali się ludzie jeszcze w pełni sił, aby po operacji "odpocząć" w możliwie dobrych warunkach szpitalnych.

NIEZMORDOWANY W RATOWANIU ŻYCIA
Najtrudniejsze były zabiegi przy rannych postrzelonych lub nieludzko skatowanych, z obrażeniami wewnętrznymi lub połamanymi kończynami. Zbyszek zajmował się nimi szczególnie troskliwie. Jego bezpośrednia ingerencja chirurgiczna, umiejętności i gorliwa opieka doprowadzały do szczęśliwej rekonwalescencji. Szczególnym przypadkiem był młody więzień sowiecki przywieziony jesienią 1943 roku w stanie beznadziejnym. Wysoka gorączka, zapalenie płuc i całe plecy posiekane odłamkami granatu. Było tych ran kilkanaście, a wszystkie brudne, pełne igliwia, nabrzmiałe ropą. Przez kilka dni codziennie przez wiele godzin Zbyszek zajmował się rannym. I Kola wyzdrowiał. Po paru tygodniach pracował już jako pomocnik sanitariusza, sprzątał, mył chorych, nosił kotły z zupą (...). Kiedy nadszedł okres częstych selekcji chorych do komór gazowych przeprowadzanych przez Lagerarzta Entressa, Zbyszek razem z nami dźwigał ich do innych sal i bloków szpitalnych, aby usunąć sprzed oczu mordercy taksującego ludzi jak przedmioty zdatne lub nienadające się do użytku. Spokojnie, bez paniki prowadziliśmy wówczas chorych na rzekome badania do laboratorium lub do rentgena. Spotykany nieraz podoficer Klehr, mordujący więźniów zastrzykami z fenolu, wiedząc, że Zbyszek jest lekarzem, nie kwestionował tych "wędrówek". Staraliśmy się wtedy, by w salach bloku chirurgicznego pozostawali tylko pacjenci chodzący lub świeżo po operacjach, choć i to nie gwarantowało im utrzymania się przy życiu. Zbyszek nie umiał "organizować" sobie życia w obozie. Nie potrafił postarać się o lepsze jedzenie, ubranie i buty. To wszystko załatwialiśmy mu z Jankiem Wolnym, u którego w sali często przebywali obozowi "prominenci", np. zatrudnieni w kuchni, biurach, magazynach żywnościowych. Zbyszek był skromny, o nic nie prosił, niczego się nie domagał. Uważał się za zwykłego więźnia, jednego z wielu, odpowiedzialnego za innych (...).

PIERWSZA WIELKA OPERACJA
Nigdy nie zapomnę pierwszej wielkiej operacji Zbyszka. Była to perforacja wrzodu żołądka. Przeprowadził ją w asyście doktora Dehringa i doktora Kozłowskiego. Podawałem mu wówczas narzędzia. Operacja przebiegała w kompletnej ciszy. Wolno, systematycznie Zbyszek pewnymi ruchami wykonywał cięcia. Bezbłędnie wychwytywał krwawiące naczynia, czyścił otwartą ranę. Nie padła ani jedna uwaga lekarzy asystujących. Dopiero po usunięciu wrzodu i zespoleniu żołądka z jelitem cienkim, kiedy już szył poszczególne warstwy, Zbyszek wyprostował się i chwilę odpoczął. Gdy skończył zabieg, długo samotnie spacerował wokół bloku, przeżywając raz jeszcze swoją pierwszą wielką operację. Później godzinami siedział przy pacjencie, wykonując przy nim samodzielnie wszystkie zabiegi: zmianę opatrunków, podając kroplówkę, robiąc zastrzyki. Chory wyzdrowiał stosunkowo szybko i kiedy opuszczał blok szpitalny, długo ściskał ręce rozpromienionemu Zbyszkowi (...).

MARZENIE O SZCZĘŚCIU
Tymczasem życie szpitala obozowego płynęło nadal wartkim nurtem. Nie było dnia bez kilku operacji. Nikt się nie oszczędzał, a najmniej Zbyszek. Bywały także "długie rodaków rozmowy" o przyszłości. Wiedzieliśmy, że wojna dobiega końca, że zwycięskie armie alianckie posuwają się szybko na wszystkich frontach. Zbyszek miał jasny i prosty cel w życiu - powrót do rodziny i wychowanie dzieci oraz praca w umiłowanym zawodzie. Nie politykował. Nie wygłaszał górnolotnych opinii. Jego stosunek do przyszłości był jednoznaczny - klęska faszyzmu, ukaranie hitlerowskich zbrodniarzy, wolny, niepodległy i demokratyczny kraj. Rozstaliśmy się w listopadzie 1944 roku. Zbyszek pozostał w obozie do stycznia 1945 roku. Spotkaliśmy się dopiero po kilku latach w Warszawie. Był w mundurze wojskowym z dystynkcjami majora. Pracował w szpitalu wojskowym w Koszalinie. W kilka lat później dowiedziałem się, że opuścił wojsko i objął kierownictwo szpitala w Szczytnie. Odwiedziłem go dwukrotnie. Miał dwie córki i dwóch synów, z których część studiowała, a część była jeszcze w szkole średniej. Z dumą pokazywał mi szpital, którym kierował.



Kurek Mazurski, nr 51/06

Opowieść o doktorze Zbyszku (3)

Wojna dobiega końca, Zbigniew Sobieszczański po pobycie w obozie powraca do rodziny w Opocznie. Nowe porządki polityczne w kraju okazują się jednak trudne do zaakceptowania przez bezpartyjnego lekarza. Przedstawiamy kolejną część wspomnień o doktorze spisanych przez syna Stanisława.

POWRÓT NA ROWERZE
Tuż przed ewakuacją obozu w Oświęcimiu ojciec zostaje na około dwa tygodnie przewieziony do Stutthoffu, gdzie rzesze więźniów chorują na tyfus. Wojska sowieckie są jednak coraz bliżej. Następuje szybka ewakuacja obozu. Podczas transportu więźniów przez obszar Pomorza okazuje się, że ojciec zaraził się tyfusem. Odizolowany wraz z innymi chorymi, jest zakwalifikowany do likwidacji. Na szczęście Niemcy nie zdążyli wykonać wyroku, uciekając przed Rosjanami. Ojciec trafia do szpitala Armii Czerwonej w Norwitz. Po odzyskaniu sił po przebytym tyfusie, pomaga jako lekarz w ratowaniu innych chorych. W tym czasie rodzina mieszka nadal w Opocznie. Mama utrzymuje siebie i nas, chodząc po domach i opatrując rannych powracających z frontu. Kilka dni po opuszczeniu miasta przez armię radziecką, na początku kwietnia 1945 roku, pojawiła się pod naszymi drzwiami postać z rowerem. Przybysz przypominał szkielet człowieka. To był nasz ojciec. Wyniszczony pobytem w obozie i przebytymi chorobami, niemal od razu po przyjeździe podejmuje pracę jako lekarz rejonowy w Ubezpieczalni Społecznej, a potem jako lekarz miejski. Ojciec był w Opocznie postacią znaną i zasłużoną dla miejscowej ludności. Po krótkiej rekonwalescencji zaproponowano mu wysoką funkcję w tworzonej właśnie Radzie Narodowej. Tego "zaszczytu" jednak nie przyjmuje, uzasadniając swoją decyzję tym, że będzie bardziej przydatny jako lekarz niosący pomoc powracającym z wojny rannym i inwalidom.

W RADOMIU
Tylko przez niecały rok zajmuje się w Opocznie leczeniem chorych. W tamtym czasie lekarzy potrzebowało również wojsko. Wcielono go więc do armii i wysłano na krótko do jednostki wojskowej w Sieradzu, a następnie do szpitala garnizonowego w Radomiu. My wraz z mamą pozostajemy nadal sami w Opocznie, na następne trzy lata bez ojca. Odwiedzaliśmy go w Radomiu głównie w czasie świąt lub wakacji. Zaczyna się kolejny trudny rozdział w jego życiu. Jest człowiekiem apolitycznym, a nadchodzą czasy stalinizmu. Jako bezpartyjny, nie może uzyskać awansu na starszego oficera. Karą za niewstąpienie do partii był areszt domowy i odmowa przepustek w celu odwiedzania rodziny w Opocznie. Na groźby ze strony oficerów politycznych odpowiadał: - Nie złamało moich zasad SS w Oświęcimiu, i wy ich także nie złamiecie. W tym czasie rodzi się mu jeszcze dwoje dzieci. Pracując w Radomiu, w grudniu 1946 roku otrzymuje jednak awans na stopień kapitana-lekarza.

STALINOWSKIE REPRESJE
Wiosną 1949 roku radomski szpital garnizonowy ulega likwidacji. Masa polskiego wojska jest skomasowana na Pomorzu. Zapada więc decyzja o przejęciu niewykorzystywanego szpitala wojskowego w Koszalinie od Armii Czerwonej. W maju Zbigniew Sobieszczański zostaje tam przeniesiony, mimo starań o zupełne zwolnienie z wojska z powodu wady serca, której nabawił się w Oświęcimiu. Rodzina wreszcie jest w komplecie. Tymczasem reżim stalinowski zaczyna panować wszędzie. Ojciec jest wielokrotnie wzywany do oficera politycznego i przymuszany do podpisania deklaracji partyjnej. Nasilają się represje wobec polskich oficerów powracających z Zachodu. Nocą przychodzą po dwóch naszych sąsiadów-lekarzy. Słuch po nich ginie. Komendant szpitala, pułkownik, strzela sobie w głowę. Ojciec często wydaje mamie instrukcje, aby w razie potrzeby udała się po pomoc do Cyrankiewicza, któremu pomógł w Oświęcimiu. Po długim oczekiwaniu w styczniu 1951 roku ojciec otrzymuje stopień majora. W okresach letnich pełni funkcję dowódcy jednostki sanitarnej i szpitala polowego na poligonie w Drawsku Pomorskim. Mama pracuje wraz z nim w szpitalu wojskowym. Tam oboje mają do czynienia z prześladowaniami dotykającymi polskich oficerów. Ojciec kilkakrotnie operuje więźniów UB, którzy połykali łyżeczki, ucha od kubków i inne przedmioty, aby tylko ukrócić męki ubowskich przesłuchań. Takie osoby trafiały do izolatki, strzeżonej przez "smutnych" panów z bronią. Pewnego dnia byłem świadkiem wywożenia jednego z więźniów z terenu szpitala i próby jego ucieczki z otwartego "gazika". Spowodowało to wielką strzelaninę z broni maszynowej. Mama, jako pielęgniarka i żona lekarza-oficera miała dostęp do "ubowskich" pacjentów. Kilkakrotnie wysyłała mnie do parafii, z którą mieliśmy bardzo dobre kontakty, by sprowadzić konającym księdza.



Kurek Mazurski, nr 01/07

Opowieść o doktorze Zbyszku (4)

Początek lat 50. przynosi kolejne zmiany w życiu rodziny Sobieszczańskich. Doktor otrzymuje wreszcie długo oczekiwane zwolnienie z wojska i opuszcza Koszalin. Następnym przystankiem na jego drodze jest Szczytno, gdzie obejmuje kierownictwo miejscowego szpitala. Oto kolejna część wspomnień syna Zbigniewa Sobieszczańskiego, Stanisława.

PRZYJAZD DO SZCZYTNA
W lutym 1953 roku ojciec otrzymuje wreszcie zgodę na zwolnienie ze służby wojskowej oraz III grupę inwalidzką, o czym nikt z nas do końca jego dni nie wiedział. Musieliśmy wtedy opuścić Koszalin. Nigdy już tam nie wróciliśmy. Przed śmiercią ojciec wyjawił mi przyczyny wyjazdu z tego pięknego miasta. Koszalińskie UB deptało mu po piętach, ponieważ kilkakrotnie odmówił wystawienia fałszywych aktów zgonu zakatowanych ludzi. Dopóki jednak chronił go mundur wojskowy, czuł się w miarę bezpiecznie. Jako bardzo dobry fachowiec, dostaje kilka ofert pracy. Wybrał szpital w Szczytnie, gdzie poczuł się wreszcie wolnym człowiekiem, lekarzem, a jednocześnie gospodarzem pięknej placówki. My wraz z mamą czekaliśmy w Koszalinie aż przygotuje nam mieszkanie i będziemy mogli się przeprowadzić w nowe miejsce. Trwało to do września 1953 roku. Wreszcie cała rodzina wraz z psem - czarnej maści seterem irlandzkim przyjeżdża do Szczytna. Zamieszkujemy w starej poniemieckiej willi graniczącej z posesją szpitala. Wjazd na podwórze odbywa się przez szpitalną bramę. Budynek i jego otoczenie wyglądają zachęcająco, ale to jednak nie nasze koszalińskie pół bliźniaka z etażowym c.o. oraz "junkersem" w łazience. Od razu zajmujemy się urządzaniem mieszkania na I piętrze willi. Mamy do dyspozycji pięć dużych pokoi, w każdym znajduje się piec kaflowy.

W SWOIM ŻYWIOLE
Ojciec ma wspaniałe miejsce pracy i czuje się w swoim żywiole. Całkowicie oddaje się działalności na rzecz szpitala. Zajmuje się również należącym do lecznicy gospodarstwem. Do tylnego skrzydła szpitala przylega barak - kiedyś dar szwedzkiego Czerwonego Krzyża. Stan tego obiektu jest fatalny i wykorzystuje się go na różne magazyny oraz stajnię dla dwóch koni szpitalnych. Obok baraku stoi niewielki domek gospodarczy, w którym hodowane są świnie. Z lewej strony szpitala, za kapliczką, znajduje się duży ogród. Z niego właśnie pochodzą warzywa i owoce do szpitalnej kuchni. Na oddziałach i na sali operacyjnej pracuje dużo pielęgniarek - Niemek. To wspaniały personel. Ojciec swobodnie się z nimi porozumiewa, bo zna nieźle niemiecki. Niestety, panie te stopniowo opuszczają Polskę. Czasami jesteśmy zapraszani na wieś do ich rodzin. Pamiętam pobyty w Trelkowie u siostry Berty, instrumentariuszki z sali operacyjnej. Ojciec utrzymywał z nią korespondencję do końca życia. Wielokrotnie zapraszała go do Niemiec. Zdecydował się na wyjazd na krótko przed śmiercią i nie zdołał już zrealizować tego zamiaru. Moje pierwsze medyczne zetknięcie się z pracą ojca w szczycieńskim szpitalu nastąpiło dość szybko. Był czerwiec 1954 roku, kończyłem wówczas VII klasę Szkoły Podstawowej nr 3. Przy pracach w szkolnym ogrodzie w nogę wbiły mi się metalowe grabie z powyłamywanymi zębami. Gdy je wyszarpnąłem, w kolanie pozostał mi otwór o średnicy małego palca. Kiedy tylko zjawiłem się w domu, mama natychmiast wysłała mnie do ojca do szpitala. Od razu położono mnie na stole zabiegowym. Wraz z żelastwem do środka dostało się zaschnięte błoto. Ojciec kazał wewnątrz rany umieścić penicylinę krystaliczną. Wtedy właśnie poczułem dotkliwy ból. Pamiętam jeszcze bardzo nieprzyjemne szycie, a potem polecenie ojca, bym wziął dwie kule i pomaszerował do domu. "Pamiątkę" po tym wydarzeniu mam do dziś w postaci blizny.

NIEUSTANNY OSTRY DYŻUR
W tym czasie ojciec był jedynym chirurgiem w szpitalu. Często namawiał młodych lekarzy do wyboru tej specjalizacji, ale z marnym skutkiem. W rezultacie sam przez wiele lat musiał pełnić ostre dyżury. Była to sytuacja bardzo uciążliwa dla naszej rodziny. Wielokrotnie œniadanie rodzinne w Wielkanoc lub kolacja wigilijna zostawały przerywane przez podjeżdżając na sygnale pod izbę przyjęć karetkę. Za moment rozlegał się telefon ze szpitala, ojciec zakładał biały fartuch i zostawiał nas samych na długie godziny. Bywały krótkie okresy, gdy wydawało się, że jest szansa na znalezienie mu zastępstwa na ostrym dyżurze, lecz zwykle okazywało się, że ewentualny kandydat nie zamierza stać za stołem operacyjnym dłużej niż do godziny 14.00. Na wszystko jednak musi się kiedyœ znaleŸć lekarstwo. Po latach Szczytno doczekało się wreszcie drugiego chirurga - doktora Ludomira Bulewicza. Potem dołączył do niego mój starszy kolega ze szczycieńskiego LO - Bogdan Bąk. Ojciec mógł wtedy choć trochę odpocząć. Z okresu jego pracy w szpitalu zapamiętałem kilka znaczących sytuacji. Pod koniec lat 50. podczas zimy, gdy miał już swój pierwszy samochód, pojechałem z nim na wieœ do obłożnie chorego, starszego pacjenta. Gospodarstwo było położone na uboczu, z dala od głównej drogi. Z trudem przebijaliœmy się przez zaspy. Chałupa z zewnątrz wyglądała bardzo skromnie. Siedziałem w samochodzie przez około dwie godziny i solidnie zmarzłem. Wreszcie przyszedł ojciec. Zapytałem go, dlaczego tu przyjechaliœmy w tak trudnych warunkach. Usłyszałem od niego, że zawiezienie chorego do lekarza wiązało się z ogromnym ryzykiem, dlatego ojciec zdecydował się sam dotrzeć do pacjenta. Mnie zabrał na wypadek, gdyby trzeba było odkopywać samochód spod œniego. Kiedy wrócił od chorego powiedział: - Nie wziąłem od tych ludzi ani grosza, bo taka u nich bieda...



Kurek Mazurski, nr 02/07

Opowieść o doktorze Zbyszku (5)

Przełom lat 60. i 70. to kolejny trudny okres w życiu doktora Sobieszczańskiego. W wypadku traci żonę, podupada na zdrowiu. W ciężkich chwilach ratunkiem dla niego jest praca w szczycieńskim szpitalu. Prezentujemy kolejny odcinek wspomnień syna doktora, Stanisława Sobieszczańskiego.
NIEUDANE DOCHODZENIE
Lata 1967-1968 to po pobycie w Oświęcimiu chyba najbardziej koszmarny okres życia ojca. Miejscowym władzom PZPR bezpartyjny dyrektor szpitala był solą w oku. W żaden sposób nie mogły tego zaakceptować. Nie miały jednak możliwości wpłynąć na ojca poprzez jego zwierzchników w Olsztynie. Zorganizowano więc przeciwko niemu "dochodzenie" typowe dla komunistycznych służb. W szpitalu została zatrudniona młoda pani doktor mająca rodzinne związki z MSW. Pracowała tu dość krótko. Na miejscu zbierała informacje o pacjentach ojca, a wyznaczeni funkcjonariusze wśród nich szukali wiadomości na jego temat. Właściwie do końca nikt nie wiedział, w jakim celu prowadzone jest "dochodzenie". Nie przedstawiono ojcu żadnych zarzutów, ale na siłę starano się znaleźć jakiś punkt zaczepienia, coś, co mogłoby być użyte przeciwko niemu. O wszystkim dowiadywał się na końcu od swoich kolegów w Warszawie albo od dawnych pacjentów, nie mając pojęcia, co się wokół niego dzieje. Taka sytuacja trwała przez kilka miesięcy. Uknuta intryga się nie udała. Nie doszukano się niczego, poza wdzięcznością ludzi i ich szacunkiem dla ojca. Mimo to zaszkodzili jego zdrowiu i skrócili życie o kilka lat.

PRACA NA PIERWSZYM MIEJSCU
Ojciec od dawna miał wadę serca, a w końcu 1969 roku przeszedł ciężki zawał. Lekarz - konsultant z Warszawy = nie dawał mu szans na przeżycie. Jakimś cudem ojciec jednak z tego wyszedł, choć byliśmy już przygotowani na najgorsze. Po zawale przeszedł dość krótką rekonwalescencję. Ku mojemu zdziwieniu, powrócił do swoich zajęć wiosną 1970 roku. Starał się tylko oszczędzać siły przy stole operacyjnym. Zapytałem go wówczas, czy w ten sposób nie naraża swojego zdrowia i życia. Odpowiedział mi krótko: - Jeżeli nie będę mógł pracować jak dotychczas, to nie mam po co żyć. Taki właśnie miał stosunek do pracy. W domu nie mógł znaleźć sobie miejsca. Zakładał swój biały fartuch i znikał na wiele godzin. Często wracał ze szpitala w nocy. Musiał czuwać w pobliżu pacjenta po ciężkiej operacji, by w razie potrzeby interweniować.

TRAGICZNY WYPADEK
Nasza rodzina niedługo cieszyła się względnym spokojem. Nadszedł fatalny dzień 31 października 1970 roku. Rodzice jak zwykle pojechali samochodem do Siedlec na groby rodziców i rodzeństwa mamy. Mały fiat ojca uderzył w tył nieoświetlonej, załadowanej po brzegi chłopskiej furmanki. Po wypadku rodzice trafili do siedleckiego szpitala. Odwiedziłem ich kilka dni po wypadku. Miałem załatwić formalności związane z odbiorem rozbitego samochodu i przetransportowaniem go do Szczytna. Spotkanie z rodzicami wywarło na mnie bardzo przykre wrażenie. Ojciec był już w dobrej formie, choć miał złamane żebra, połamany nos i drobne potłuczenia. Gorzej przedstawiała się sytuacja z mamą. Była cała zagipsowana, twarz w kolorach żółto-sinych z kilkoma szwami. Następnego dnia rodzice mieli wracać karetką do Szczytna. Po załatwieniu formalności związanych z autem, powróciłem do swojego miejsca zamieszkania w dawnym woj. zielonogórskim. Nazajutrz rano otrzymałem telefon z informacją, że mama nie żyje. Kilka dni później została pochowana na cmentarzu w Siedlcach. Ogarnął mnie lęk o zdrowie ojca, który zaledwie rok wcześniej przeszedł ciężki zawał. Po tych smutnych przejściach mija mu kolejnych dziesięć lat samotnego życia w Szczytnie. Mieszka z nim wprawdzie najmłodsza córka, ale jako osoba dorosła ma swój odrębny świat. Dogaduje się z koleżanką, siostrą Krzysztofa Klenczona Hanną w sprawie odkupienia jego skromnego domku campingowego nad jeziorem Wałpusz. Odtąd, prawie codziennie po pracy, gdy tylko pogoda na to pozwala, ojciec spędza tam czas na świeżym powietrzu, co sprzyja jego choremu sercu.

NIEWYPITY SZAMPAN
W grudniu 1981 roku, w kilkanaście dni po wprowadzeniu stanu wojennego, w noc drugiego dnia świąt Bożego Narodzenia, źle się poczuł. Cichutko wstał ze swojego tapczanu, założył fartuch i poszedł przez podwórze do szpitala. Wszedł do dyżurki drzemiących na fotelach pielęgniarek. Była czwarta nad ranem. Siostry, zdziwione jego obecnością o tej porze, myślały początkowo, że zegar wskazuje złą godzinę. Pytały więc, co robi tak wcześnie w szpitalu. - Ano przyszedłem umierać - padła odpowiedź. Po badaniu okazało się, że ojciec ma kolejny, trzeci już zawał. Jego serce przestawało pracować, ale przywrócono go do życia dzięki elektrowstrząsom. Po przyjeździe do Szczytna zastałem ojca w zaskakująco dobrej kondycji fizycznej. Momentami siadał na łóżku i gimnastykował nogi, a nasze uwagi na ten temat kwitował żartami, że to podobno najnowsza amerykańska metoda leczenia zawałowców ruchem. Zbliża się sylwester 1981 roku. Ojciec zostawił w szpitalnej szafce butelkę szampana, by witać Nowy Rok wraz z personelem. Niestety, plan się nie powiódł. Zmarł, nie doczekawszy północy.



Kurek Mazurski, nr 04/07

Opowieść o doktorze Zbyszku (6)

Przez kilka ostatnich tygodni publikowaliśmy cykl wspomnień o doktorze Zbigniewie Sobieszczańskim autorstwa jego syna, Stanisława. Tym razem o zasłużonym dyrektorze szczycieńskiego szpitala opowiadają pielęgniarki, z którymi przez lata blisko współpracował.

OJCOWSKI ODRUCH
Choć od śmierci Zbigniewa Sobieszczańskiego minęło ćwierć wieku, to w pamięci najbliższych współpracowniczek, pielęgniarek, wciąż pozostaje żywy. Anna Brzuzy, którą jako jedną z pierwszych po objęciu obowiązków dyrektora szczycieńskiego szpitala przyjmował do pracy w listopadzie 1953 roku, trafiła na oddział wewnętrzny. Mimo że nie miała tam codziennej styczności z doktorem, wspomina go dużym sentymentem. - Można się było do niego zgłaszać z każdą sprawą. Mój mąż chorował na serce. Opowiedziałam o tym doktorowi, a on od razu skierował go do bardzo dobrego kardiologa, swojego kolegi ze studiów w Warszawie. To był taki ojcowski odruch. Do tego przez cały czas podtrzymywał mnie na duchu - opowiada Anna Brzuzy. Innym razem jej trzyletnia córka włożyła sobie do ucha ziarnko kawy. Weszło ono tak głęboko, że istniała obawa, że dziewczynkę trzeba będzie zawieźć na zabieg do Olsztyna. Doktor Sobieszczański, choć zmęczony po dyżurze, od razu ją przyjął i uporał się z problemem. - Miał złotą rękę do wszystkiego. Dziś już takich lekarzy nie ma - mówi Anna Brzuzy.

RESPEKT I MIŁOŚĆ
Barbara Brzózy pracowała w szczycieńskim szpitalu od 1960 roku, najpierw na izbie przyjęć, potem jako przełożona, a następnie jako oddziałowa na chirurgii. O doktorze Sobieszczańskim może opowiadać bez końca. Zapamiętała przede wszystkim jego bezgraniczne oddanie pacjentom i szpitalowi, który był dla niego całym światem, a personel rodziną. - Zdarzało się, że kiedy szedł po operacji do domu, od razu przywozili nowego chorego. Trzeba było niezwłocznie wzywać doktora z powrotem. Często go żałowałyśmy, że nawet nie zdąży odpocząć, ale gdybyśmy go nie wezwały, byłby na nas zły - opowiada Barbara Brzózy. Zbigniew Sobieszczański słynął z elegancji i bez względu na okoliczności trzymał fason. - Nie mogłyśmy wyjść z podziwu, że do szpitala przychodził zawsze wypoczęty, świeży. Miał charakterystyczny, donośny głos. - Czuliśmy przed nim respekt, ale z drugiej strony kochaliśmy go ponad wszystko - wspomina Barbara Brzózy. Doktor Sobieszczański miał wielki szacunek do każdego pracownika, niezależnie od funkcji pełnionej w szpitalu. Z równą atencją traktował innych lekarzy, pielęgniarki, salowe, czy kucharki. Zawsze pamiętał o imieninach swoich podwładnych, które z tej okazji obdarowywał kwiatami. Z każdym witał się, podając rękę. - Miał duży szacunek do pielęgniarek. Często uczył nas rzeczy, które inni lekarze trzymali przed nami w tajemnicy - mówi Barbara Brzózy. Kiedyś zdarzyło się, że jeden z doktorów zlecił podanie dziecku większej dawki leku niż było to stosowane w szczycieńskim szpitalu. Mieściła się ona co prawda w przyjętych normach, ale pani Barbara zwróciła na to lekarzowi uwagę. Ten nieco się żachnął i odparł, żeby pielęgniarki pilnowały swoich spraw. - Słysząc to, doktor Sobieszczański odpowiedział mu, że bardzo się myli - opowiada Barbara Brzózy. Szef szczycieńskiego szpitala pracował w niemal spartańskich warunkach. Nie miał nawet samodzielnego gabinetu. - Zapytałam go kiedyś, dlaczego tak jest. Odpowiedział mi wtedy, że w wojsku nauczono go, żeby najpierw dbać o konia, a dopiero potem o siebie.

WYKŁAD O SZKODLIWOŚCI PALENIA
Dyrektor szczycieńskiego szpitala, jako osoba bezpartyjna, miał często kłopoty z miejscowymi władzami partii. Co jakiś czas, pod pretekstem oceny pracy służby zdrowia lokalni notable wzywali pracowników szpitala do siedziby PZPR. W rzeczywistości spotkania takie służyły krytyce dyrektora i jego podwładnych. Jedno z nich szczególnie utkwiło w pamięci Barbary Brzózy. - Sekretarze siedzieli na wysokiej katedrze i cały czas palili papierosy, a my na dole, wdychając dym. Dyrektor cierpliwie przeczekał to, co mieli do powiedzenia, a w końcu z właściwą sobie elegancją, zwrócił im uwagę, że palenie szkodzi zdrowiu, a najbardziej tym, którzy wdychają dym. Dodał jeszcze, że w szpitalu zwraca się na to szczególną uwagę. Na końcu stwierdził, żeby potraktowali jego słowa jako bezpłatną poradę lekarską. Bardzo ich to zdenerwowało. W 1974 roku powołano do życia ZOZ-y, skupiające wszystkie placówki służby zdrowia. Zbigniew Sobieszczański, choć jako jedyny posiadał odpowiednie kwalifikacje, nie został ich dyrektorem, bo nie należał do partii. Wciąż jednak kierował szpitalem. - Skorzystałyśmy na tym, bo dzięki temu miałyśmy go tylko dla siebie na chirurgii - mówią zgodnie pielęgniarki.



Kurek Mazurski, nr 05/07

Opowieść o doktorze Zbyszku (7)

Druga część wspomnień pielęgniarek, które pracowały wraz ze Zbigniewem Sobieszczańskim w szczycieńskim szpitalu.

TANIEC Z DOKTOREM
Wraz z utworzeniem ZOZ-ów w 1974 roku w szczycieńskiej służbie zdrowia zapanowały nowe porządki. Bezpartyjny Zbigniew Sobieszczański, mimo wysokich kwalifikacji oraz długoletniego doświadczenia nie został ich dyrektorem. Wciąż jednak kierował szpitalem. Pracujące wraz z doktorem pielęgniarki dobrze wspominają te czasy. - Od tamtej pory miałyśmy go tylko dla siebie, i to nie tylko w szpitalu, ale poza nim. Doktor uczestniczył w naszym życiu rodzinnym, interesował się naszymi problemami - mówi Barbara Brzózy. Zbigniew Sobieszczański nie pasował do siermiężnych czasów PRL-u. Jego maniery, szacunek do podwładnych, zasady - to wszystko wyróżniało go na tle innych. Nigdy jednak nie stwarzał dystansu pomiędzy sobą a innymi ludźmi ze swojego najbliższego otoczenia. Słynął z otwartości i troski, nie tylko wobec pacjentów, ale też współpracowników. Lubił otaczać się młodymi osobami. Wraz z personelem szpitala jeździł często na wycieczki. Doktor miał dobry aparat fotograficzny i podczas wypadów robił mnóstwo zdjęć. Rzadko kiedy sam do nich pozował. Do dziś w archiwach jego współpracowniczek można znaleźć sporo fotografii autorstwa doktora. Podczas wycieczek ich uczestnicy brali udział także w imprezach tanecznych. Zbigniew Sobieszczański chętnie zapraszał na parkiet towarzyszące mu pielęgniarki. Młodsze nierzadko wprawiało to w zakłopotanie, mimo że taniec z samym dyrektorem odbierały jako prawdziwy zaszczyt. - Miał przedwojenny styl tańczenia, nieznany młodym dziewczynom. Dlatego trochę się bały i peszyły, gdy prosił je do tańca, bo nie umiały dotrzymać mu kroku - wspomina Grażyna Archacka, pracująca w szczycieńskim szpitalu od 1980 roku. Nierzadko w związku z tym dochodziło do zabawnych sytuacji. - Podczas pobytu w Krakowie odwiedziliśmy jeden z tamtejszych lokali z dansingiem. Kelner akurat podał nam golonkę, ale jakoś nikt nie kwapił się do jedzenia. W pewnym momencie dyrektor zaproponował, żebyśmy potańczyli. Wtedy dziewczyny od razu rzuciły się na jedzenie - opowiada ze śmiechem Barbara Brzózy. Sposób bycia doktora robił na wszystkich jego podwładnych duże wrażenie. - To był prawdziwy przedwojenny dżentelmen, chyba ostatni w naszym środowisku - mówi Grażyna Archacka.

ZNAWCA PRZEBOJÓW ABBY
Zbigniew Sobieszczański wykładał także w Medycznym Studium Pielęgniarskim przy szczycieńskim ogólniaku, przygotowując do zawodu przyszłe pielęgniarki. Prowadził zajęcia z anatomii i fizjologii człowieka. Uczennice za nim przepadały. - Był wymagający, ale tłumaczył wszystko bardzo dobrze. Miał talent pedagogiczny - wspominają absolwentki studium Barbara Olbryś i Bożenna Długokęcka. Pewnego razu uczennice urządziły konkurs, w którym to one zadawały pytania swoim nauczycielom. Zbigniew Sobieszczański musiał wymienić największe przeboje ABBY. Przyszłe pielęgniarki nie spodziewały się, że doktor i tym razem je zaskoczy. - Ku naszemu zdziwieniu sypał tytułami jak z rękawa. Nie mogłyśmy w to uwierzyć - opowiadają wychowanki doktora. Barbara Brzózy podkreśla z kolei, że Zbigniewa Sobieszczańskiego cechowała niespotykana wszechstronność. - Był autorytetem nie tylko w sprawach medycznych. Świetnie znał się m.in. na ubiorze oraz na kuchni. Z dużą swobodą posługiwał się cytatami z Pisma Świętego. Widać było, że nie miało dla niego tajemnic. Doktorowi dawało wielką satysfakcję sprawianie przyjemności innym ludziom. Przynosił do szpitala czereśnie ze swojego ogródka, a wracając z narad w Olsztynie kupował ciasta z Horteksu, które były wtedy prawdziwym rarytasem. - Wyróżniał się wielką hojnością. Pamiętam, że któregoś razu pracowaliśmy na sali operacyjnej w strasznym upale. Nagle doktor gdzieś przepadł. Po chwili wrócił, niosąc nam lody - opowiada Apolonia Jankowska, oddziałowa bloku operacyjnego, która wielokrotnie asystowała Zbigniewowi Sobieszczańskiemu jako instrumentariuszka.

OSTATNI SYLWESTER
Pielęgniarki z chirurgii szczególnie zapamiętały noc sylwestrową spędzoną wraz z doktorem w jego domu. Było to na rok przed śmiercią ich szefa. - Zaprosił wszystkich, kto tylko miał ochotę przyjść - mówi Barbara Brzózy. Do imprezy bardzo starannie się przygotował. Gościom nie zabrakło niczego. Do tego jeszcze doktor z finezją i smakiem nakrył do stołu. Pielęgniarki, które rok 1981 przywitały wraz z nim nie żałowały, że nie wybrały wówczas hucznych zabaw. - Wracałyśmy z tamtego sylwestra autentycznie szczęśliwe - mówią. Nie przypuszczały wtedy, że będzie to ich ostatnie powitanie nowego roku z doktorem.



Kurek Mazurski, nr 06/07

Opowieść o doktorze Zbyszku (8)

Dalszy ciąg wspomnień pielęgniarek, które pracowały wraz ze Zbigniewem Sobieszczańskim w szczycieńskim szpitalu.

TRUDNE DNI
Ostatnie miesiące życia Zbigniewa Sobieszczańskiego zbiegły się z wprowadzeniem stanu wojennego. Będący po kilku zawałach lekarz przeżywał to, co się wówczas działo. Do tego doszedł jeszcze niepokój o syna Zbigniewa, mieszkającego w Gdańsku działacza "Solidarności". - Pewnego dnia Zbyszek zadzwonił do ojca i prosił, by w razie czego zajął się jego żoną - wspomina Barbara Brzózy. Zbliżało się Boże Narodzenie. - Pytałyśmy doktora, czy przypadkiem nie potrzebuje czegoś na święta. Odpowiedział jak zawsze w swoim stylu, że ma wszystko, czego mu trzeba, choć tak naprawdę nie miał prawie nic. Od razu coś mu zorganizowałyśmy, bo on sam nie umiał się o siebie troszczyć - opowiadają pielęgniarki. W Wigilię przyszedł do pracy bardzo radosny. Okazało się, że odwiedziły go dzieci.

NIEWYPOWIEDZIANE SŁOWA
Długotrwały stres i napięcie zrobiły jednak swoje. W nocy Zbigniew Sobieszczański przeszedł kolejny zawał. Pielęgniarki z chirurgii nieustannie pełniły dyżur przy chorym. Nie brały jednak pod uwagę najgorszego. Tymczasem lekarz z oddziału wewnętrznego ostrzegał, że 7-8 doba po zawale będzie decydująca. Nadszedł 31 grudnia 1981 roku. Pielęgniarki umówiły się, że o północy przyjdą złożyć doktorowi życzenia. Nie zdążyły już tego zrobić, mimo że trzymał dla nich w szpitalnej szafce butelkę szampana. Na wieść o pogorszeniu się stanu chorego, nie bacząc na godzinę milicyjną, zbiegły się do szpitala. Ostatnią prośbą doktora było to, by kroplówkę podłączyła mu pielęgniarka z chirurgii. Dyżur pełniła akurat Barbara Olbryś. - Kiedy dobiegłam do sali, w której leżał, trwała reanimacja. Do dziś, po tylu latach wracam pamięcią do tamtej nocy i zastanawiam się, co chciał mi wtedy powiedzieć. Kiedy ciało doktora spoczęło w szpitalnej kaplicy, wybiła północ. Pielęgniarki, z którymi przez lata pracował na chirurgii czuwały przy nim do rana. - Mimo upływu czasu wciąż czuję, że ciągle jest obecny w moim życiu - mówi Barbara Brzózy. Jej koleżanki mają podobne zdanie. - Do dziś jest dla mnie wzorem przełożonego. Tego, jak powinien odnosić się szef do swoich podwładnych, jak traktować kobiety, jak szanować każdego, niezależnie od jego stanowiska czy wykształcenia - mówi Grażyna Archacka. Z kolei Mirosława Zapadka, dziś pielęgniarka środowiskowa podkreśla, że umiał stworzyć niezapomnianą atmosferę w pracy. - Dziś w jednej chwili rzuciłabym wszystko, żeby tylko wrócić do tamtych czasów i tamtego klimatu na oddziale - mówi.

KAMIEŃ I ULICA
Z czasem wśród współpracowników doktora i osób blisko z nim związanych zrodziła się inicjatywa upamiętnienia jego osoby. Okazją ku temu stało się spotkanie w Chacie Mazurskiej zorganizowane przez doktora Wenantego Lewalskiego w 40. rocznicę przybycia Zbigniewa Sobieszczańskiego do Szczytna. Było to w 1993 roku. Barbara Brzózy przypomniała wtedy, że po śmierci żony doktor często myślał o tym, gdzie zostanie pochowany. Z jednej strony chciał być posłuszny ostatniej woli małżonki, która spoczęła w rodzinnych Siedlcach, z drugiej czuł wielką więź ze Szczytnem. - Tu miał przyjaciół i znajomych, tam - nikogo z bliskich. Ostatecznie jednak spoczął w Siedlcach. Tymczasem w Szczytnie brakowało miejsca, gdzie można by się zatrzymać i wspomnieć naszego dyrektora, zapalić znicz czy położyć kwiaty - mówi Barbara Brzózy. To właśnie ona oraz doktor Lewalski są inicjatorami postawienia pamiątkowego kamienia przy szpitalu. Oni także zaproponowali, by dawną ulicę Parola usytuowaną w pobliżu szczycieńskiej lecznicy nazwać imieniem Zbigniewa Sobieszczańskiego. - Trafiliśmy na dobry moment. Akurat zmieniano nazwy w związku z przeobrażeniami w kraju. Parol poszedł do lamusa, a w jego miejsce patronem ulicy został doktor - mówi Barbara Brzózy. Pielęgniarki pracujące przez lata ze Zbigniewem Sobieszczańskim osobiście odwiedzały mieszkańców, zbierając podpisy popierające tę inicjatywę. - Spotykałyśmy się z akceptacją pomysłu. Nikt nie protestował, może tylko niektórzy byli niezadowoleni, ale wynikało to raczej z konieczności zmiany w dokumentach - mówią. Kilka lat temu tablica na kamieniu upamiętniającym doktora Sobieszczańskiego została odnowiona przez jego syna, Zbigniewa.

Ewa Kułakowska
2007.02.07